wtorek, 7 marca 2017

od Ciszy do Słowa

Nie złapiesz Ciszy. Nie pochwycisz. Nie zmusisz do mówienia. Cisza jest życiem wszystkich głosów, śpiewów, szumów i trzeszczeń. Im więcej ich, tym mniej Ciszy. W Niej i tylko w Niej (nie poza) śpiewają ptaki, gwiżdże wiatr, szepczą wątpliwości i rozbrzmiewają fałsze. A kiedy milkną dźwięki, Ona trwa nadal. Tutaj rodzi się i umiera płacz, lament, śmiech, okrzyk złości. W Niej zawierają się czas i przestrzeń, oddech niemowlęcia i westchnienie umierającego.  Przyzwyczajeni do ćwierćnut i ósemek, do polifonii i taktów wypełnionych po brzegi, czujemy się tak bardzo niezręcznie, gdy pauza trwa za długo, jakby była tylko chwilowym oddechem, miejscem niecierpliwego przeczekania i nerwowych spojrzeń. Na początku było Słowo. Ale... I Ono musiało wyłonić się z Ciszy, nie z odwiecznego jazgotu.


środa, 1 marca 2017

(...)
We mnie jest tropikalna burza,
We mnie jest wielka przepaść,
We mnie są wytrzebione królestwa.
Lecz Ty, który jesteś w mojej krwi
I znasz jej pychę i głód,
Nie wódź już dłużej na pokuszenie
Mojej krwi, pychy i głodu,
Lecz przebacz pustkę i brzydotę nędzarzowi
(...)
Bo ja pragnę, Boże, na przekór
Wszystkim zwątpieniom i pokusom,
W godzinę mojej śmierci,
Gdy już nikogo nie będzie 
Między mną a Tobą,
Spocząć
W Twoim spojrzeniu
(...)
/Roman Brandstaetter, "Kuszenie na pustyni", fragmenty.

wtorek, 28 lutego 2017

mały post o Wielkim Poście

"Jezus zapragnął samotności. (...) Chciał, jak każdy człowiek rozpoczynający dzieło swojego życia, przemyśleć je do końca, a uważał, że powstrzymanie się przez dłuższy okres czasu od jadła i napoju jest nie tylko ofiarą złożoną Panu - post pojmował jako karmienie sobą Boga i równocześnie jako wyzwanie rzucone Złu - ale wzmaga również czujność ducha, wzmacnia wolę i myśl, więc tworzy dogodne warunki do stoczenia walki z nacierającym wrogiem". / Roman Brandstaetter, "Jezus z Nazarethu", fragment rozdziału "Kuszenie na pustyni".


poniedziałek, 27 lutego 2017

Po co?

Powietrze zyskało na przejrzystości i miasto przypomina rześkiego człowieka, który wstał z łóżka, przeciągnął się i umył twarz. I milej się żyje, o wiele milej, niż w atmosferze dusznej meliny, zadymionej od dywanu, przez zasłony, aż po sufit. Wiosna jeszcze przyczaja się za rogiem, jak małe dziecko, które zaraz zza niego wyskoczy z rozmachem i radością, ale wiemy, że już tam jest. I  pomimo tej wiedzy, jak na porządnych dorosłych przystało, będziemy udawać zaskoczenie, a potem rozłożymy ramiona, by w nie wpadła. Upragniona i rozpędzona, jak zawsze. Coraz przyjemniej pokonuje się odległości piechotą i wyławia przy tej okazji ptasie szczebioty, odważniejsze z dnia na dzień. Zieleń jest jeszcze szara i brudna, ale ziemia rozgrzewa się powoli, by wydać na świat kolejną partię kwiatów, łodyg, źdźbeł i ździebełek. I tak człowiek mija turystów, i księdza, znajomych i pustą wnękę po wróżce, której już nie ma, żebraków, kalekich, rodziców i dzieci. Pomiędzy telefonami i rozmowami o niczym i tym, co ważniejsze, huśtają się zawieszone jak nitki pajęczyny, kruche pytania o sens. O to odwieczne po co ? Że żyję - już, teraz i jeszcze. I jak to tak? Dlaczego? Gdzie cel, gdzie przyczyna? I jak uczynić z życia fontannę, a nie pisuar... Powietrze brzmi inaczej, wietrzniej i pełniej i sprawia wrażenie orzeźwiającego bezmiaru, w którym wszystkie twoje pytania brzęczą, jak drewienka i dzwonki  powywieszane na gankach domów. I słyszy się własne kroki - niezbite dowody, że jeszcze tu jestem, czyli Boskiego miłosierdzia prawdopodobnie. 
Za rogiem, oprócz wiosny, coś jeszcze - czterdzieści dni, które zawsze szybko mijają, a my, jak na dorosłych przystało, nie mamy na nie czasu i zamierzamy kiedyś jeszcze zdążyć. I udajemy zaskoczenie, że znowu Święta. A może trzeba wyskoczyć zza rogu, jak małe dziecko - z rozmachem i radością i wpaść w ramiona Tego, który WIE, że tam jesteśmy...




sobota, 25 lutego 2017

I znowu Brandstaetter

Znajomość z Brandstaetterem zaczęła się chyba od zasłyszanych historyjek na temat jego twórczości. Z odwołań do Jezusa i do Jonasza. Krużgankowe Ciacho za ciacho przyniosło konfrontację nie tyle z "Jezusem", co z niewielką książeczką "Pieśń o moim Chrystusie" i to był punkt zwrotny. Kiedy odkryjesz w czyichś tekstach i cudzych modlitwach część siebie samego, zawsze jest to zaskakujące, a niejednokrotnie porusza we wnętrzu jakiś jego fragment w taki sposób, że wydaje ci się, iż dostrzegasz więcej i widzisz bardziej. Niezwykłym jest odkryć, że ktoś żyjący przed tobą, kogo nigdy nie spotkałeś, kto miał zupełnie odmienne doświadczenia od twoich, kogo historia i pochodzenie także różniły się od twojego tła historycznego, nazywa to, co sam czujesz po tylu dzielących wasz czas latach - to trochę to samo, kiedy po plecach przebiegają dreszcze w chwili, gdy znajdujesz prawdziwego przyjaciela, albo spotykasz tego, którego chcesz kochać do śmierci. Istnieje ryzyko, że do tekstu i towarzyszącego mu, odwiecznego "co autor miał na myśli" przyłożysz prywatny klucz, odczytasz przesłanie za pomocą własnej lornetki i tylko wydaje ci się, że on myślał i czuł to samo, co ty teraz. I nawet jeśli, to taki rodzaj ryzyka w pewnych sytuacjach nazwałabym błogosławieństwem. Literatura bowiem ma to do siebie, że chociaż myśl autora była określona i nie należy wciskać mu w umysł własnych rozważań i intencji, to jednak - jak rzeczywistość wokół - odbieram ją przez pryzmat mojego ja, wydarzeń z własnego życia oraz myśli wyprodukowanych po drodze. I nic w tym złego, bo mój punkt widzenia i moja recepcja mają prawo żyć swoim życiem, o ile tylko nikomu (nawet sobie) nie próbuję wmówić, że moja racja jest najmojsza. Co więcej - mogę się nawet mylić w odbiorze utworu, ale sam fakt zastanawiania się nad nim oraz to, że w jakiś sposób dotyka on mojego życia, nie jest bez znaczenia. A jeśli dobrze rozumiem myśl pisarza, to czy podążając za nią, muszę się z nią zgadzać, by warto było czytać dalej? Wprost przeciwnie. Pokochawszy Brandstaettera za jego wrażliwość i intuicję, za to, że był Żydem, za obrazy zawarte w poezji, za przemycone treści Pisma Świętego, za zapach piasku i rozpalone powietrze Jezusowego Nazarethu przyznaję, że nie wszystko do mnie trafia. Nie z każdą refleksją się zgadzam, niektóre odczucia własne mogłabym posadzić po przeciwnej stronie Brandstaetterowej huśtawki, by patrzeć, jak utworzona w ten sposób para zastyga w równowadze. Nie zmienia to jednak faktu, że wiele mu zawdzięczam i że jest jednym z tych ludzi, za których jestem Bogu zwyczajnie wdzięczna. Nie zmienia to także faktu, że od czasu do czasu przynoszę z Ciacha..., albo z antykwariatu kolejne dzieła, które tłumaczył, lub pisał. I zawsze towarzyszy temu ciekawość: co tym razem wyniosę z kolejnej lektury? 

Jeżeli kogoś pokochasz, to z czasem okazuje się, że nie musicie się zgadzać w każdym detalu oraz że on wcale nie musi być doskonały w swoich przemyśleniach, jako i ty nie jesteś. Dobrze, gdy jest szczery. Znaczy to bowiem tyle, że podzielił się z tobą tym, co miał najcenniejszego - swoim życiem.




wtorek, 14 lutego 2017

Adamie, gdzie jesteś?

I nawet w szarym, brudnym wieczorze można być przyłapanym przez chwilę zdumienia. I nawet w środku miasta może wybrzmieć spokojny krok ośmiu błogosławionych podków. Jest taka cisza w człowieku, w której milkną gniew i obrzydzenie. I takie ułamki sekund, kiedy wydaje mu się, że przez dziurkę od klucza zagląda do Raju. A może w oczy Boga... A może we własne serce... A może i tu i tu i tu jednocześnie? Lecz... Znaczyłoby to tyle mniej-więcej, że człowiek nosi w sobie pamięć o czymś, czego nigdy nie zaznał. Tęsknotę za miejscem, w którym nie był. I TO spojrzenie... Gniewne? Zniecierpliwione? Drwiące? Zasmucone? A może pełne dobroci, która zesłała ciszę, zdumienie i konie... 


Szukajcie, dopóki się pozwala znaleźć. 

wtorek, 3 stycznia 2017

Pies Pański

Pies ma cztery łapy, dwoje uszu i jednego właściciela, którego kocha psim swoim sercem. Kiedy go nie ma, kładzie się na progu i oczekuje pod drzwiami, mierząc czas na swój sposób - nie ma go już od dwóch sikań albo minęły cztery porcje karmy i nie wróciła... Gdy się już zjawi, zwierz skacze, macha ogonem i gdyby tylko potrafił śpiewać, śpiewałby z radości. Inni domownicy są sympatyczni, czasem przydatni, ale pozostają tylko innymi domownikami i nie ma się zwyczaju chodzić za nimi krok w krok. Do czasu, aż pies się boi. Gdy za oknem, daleko, słychać wybuchy, wystrzały fajerwerków, czworonóg włazi pod twoje nogi, by przez ten tunel wcisnąć się pod biurko, jak do schronu. Gdy położysz rękę na jego grzbiecie czujesz, że się trzęsie. Gdy idziesz do kuchni, toalety, łazienki - wszędzie pies człapie za tobą, krok w krok. Uspokaja się wreszcie, gdy strzały na chwilę ustają i gdy leży obok ciebie na łóżku, głaskany cierpliwie. I wiesz, że zachowanie czworonoga jest szczere i rozczulające, ale nie zmienia to faktu, że nadal jesteś tylko jednym z domowników, bo psie serce należy do kogoś innego. 

Analogia może blada, ale z Bogiem jest podobnie. Można tulić Mu się do nóg ze strachu, podczas gdy serce należy do kogoś/czegoś innego i kiedy tylko zagrożenie (realne, czy też nie) minie, ląduję znów na progu i czekam. Tylko, czy wiem chociaż na kogo, albo na co? 

Szczytem relacji Boga do człowieka nie jest pozyskanie tego drugiego przez Pierwszego, aby Mu zastraszony i pełen chorobliwego lęku biedaczyna usługiwał i potakiwał posłusznie. (W miłości nie ma lęku...). Tu raczej o serce się rozchodzi. O jego zdobycie, pozyskanie - ale nie siłą i przemocą (tak nie pozyskuje się serca, tylko pełne niechęci posłuszeństwo). 

I tak - cieszysz się wielce z psiej przychylności i zaufania, przy równoczesnej świadomości, że jutro będzie nowy dzień i powody do spoufalania się przeminą. Tak trudno powiedzieć, co myśli Bóg, ale chyba możesz przypuszczać, że woli cię widzieć przy Sobie po prostu, niż tylko z powodu tych, czy innych obaw. Bo serce skupione na obawach nie jest sercem skupionym na Osobie.