czwartek, 26 listopada 2015

za chwilkę, za chwileczkę

Gdyby się tak rozejrzeć wokół... w pokłady chaosu przenikają już przymrozki. Niebo nocą, pomimo, że jest tylko niebem nadgrajdołkowym, charakteryzuje się chłodną wyrazistością, a gwiazdy są małe i ostre, niczym czubki szpilek. Za najbliższym rogiem Adwent. Święty czas nieświętego oczekiwania. Żeby choć uświęcającego tego, kto oczekuje... Czas. Ważny. Kolejna okazja, aby wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce. Czas zejścia na ziemię - Bożej łaski, siebie samego. I spotkania się obydwu. Czego życzę, czego pragnę i na co czekam, wychylając głowę zza ściany i podglądając własne pragnienia z nieśmiałym zdumieniem i przerażeniem równocześnie. Jak dziecko, które chce i które wciąż nie dorasta do swoich tęsknot i do włącznika światła. Jak ktoś, kto nieśmiało zaczyna wyciągać ręce i już po chwili gwałtownie chowa je za plecami, żeby po nich - całkiem zasłużenie - nie oberwać.


Czas, który mnie nie potrzebuje, ale którego bardzo potrzebuję ja. Kiedy poranek jest porankiem, a popołudniowe niebo obejmuje wszystkie nasze dzienne sprawy chłodnym i wyraźnym różem, zamieniającym się stopniowo w granat. Czas, który przypomina siedzenie przy kuchennym oknie, z troskliwym i wyczekującym spojrzeniem, skupionym daleko za szybą. Kiedy powrócić ma Ktoś, kogo kochasz, kiedy ty wracasz do tego, Kto na ciebie czeka. Czeka, usiedzieć nie może, więc wychodzi naprzeciw, nie dając ci dojść nawet do połowy drogi. 



Któryś jest na wysokości 
Schyl nieba, użycz litości, 
Spuść się w nasze głębokości...



czwartek, 29 października 2015

marvel

Był ktoś, kto chyba lubił kreskówki. (Ja ich nie doceniałam). Był ktoś, dzięki komu zapoznałam się z dobrą, również filmową muzyką. Był ktoś, o kim w międzyczasie zdążyłam zapomnieć, a kto wraca teraz. Po bólu głowy, po odwiedzinach pani z Unicefu, po wizycie "męża Marii", po komplecie i po obejrzeniu "Song Of The Sea". (Bardzo polecam - malownicza, ciekawa animacja, mówiąca o ważnych rzeczach, dostarczająca wzruszenia i jeszcze okraszona przyjemną muzyką). 

Był ktoś, kto wierzę, że wciąż jest, tylko w tej rzeczywistości, której nie dostrzegam i nie pojmuję, ale która nadejdzie. Ktoś, kto o sobie przypomina, przez co przypomina także o tym, że nie wszystkie tajemnice są bajką, a życie zmierza do celu, który zaledwie przeczuwam, ale którego tutaj nie zgłębię nigdy. 

I może jednak bajki skuteczniej, niż cokolwiek innego, budzą w człowieku dziecko, które zdolne jest pragnąć tego, co niepojęte? Dziecko, które choć dorasta, to zostaje. Dziecko, o którym się nasłuchałeś. Istotę zdolną do wiary, do ufności, do prostoty i do szczerego i pełnego otwartości podążania za tęsknotą. 

środa, 28 października 2015

błogosławieni

Ł. wraca ze szkoły. 
- Liść na mnie spadł! Będzie błogosławiony. 

Odnoszę wrażenie, że "błogosławiony" to obecnie nowe słowo, stanowiące małą fascynację i że Ł. niekoniecznie rozumie jego znaczenie. Niemniej powoduje to we mnie pojawienie się kilku myśli - trochę nowych i świeżych, a trochę takich, które już kiedyś zaistniały i w międzyczasie gdzieś przepadły. 

Podczas angażowania się w wolontariat na rzecz tego, czy innego projektu, można - zdarza się, że do obrzydzenia - wysłuchiwać różnorakich tekstów przypominających o tym, że jako wolontariusz jesteś wizytówką dzieła, do współtworzenia którego właśnie przystąpiłeś. Nieważne, czy kiedykolwiek pracowałeś w danej organizacji, ani też czy jesteś z nią w jakikolwiek sposób związany. Robiąc coś stajesz się częścią tego czegoś. Choćby najmniejszą. Inni - patrząc na ciebie - kojarzą cię z danym projektem, stowarzyszeniem, fundacją, zespołem będącym twórcą konkretnego przedsięwzięcia, w które - być może jednorazowo - zdecydowałeś się zaangażować. Zazwyczaj, jeżeli planujemy wziąć udział w wolontariacie, wybieramy te możliwości, w których nasza praca będzie dla nas nie tylko nowym doświadczeniem, ale też pewną przyjemnością, a więc projekty, przy których będziemy robić coś ciekawego, w dobrym towarzystwie, a jeśli nawet ma być to najnudniejsza praca świata, to przynajmniej musimy być związani z ideą projektu, aby zgodzić się na darmowe oddawanie czasu i umiejętności dla jego realizacji. Bo kiedy nie otrzymujemy za nasze starania pieniędzy, potrzebujemy innej motywacji, aby w ogóle chcieć kiwnąć palcem. Nie dziwi też nas, że ciągle słyszymy "jesteś wizytówką", "jesteś przedstawicielem", "twoja praca jest najważniejsza" - owszem, jest to sposób na zmotywowanie cię do działania, ale jest to też przypomnienie, że to ty odpowiadasz za wizerunek stowarzyszenia, fundacji, dzieła itd. Bo ludzie z zewnątrz często nie widzą dyrektora, prezesa, zarządu i osób odpowiedzialnych za całość, za zadbanie o absolutnie wszystko, za to bardzo często mają kontakt z tobą - nawet, jeżeli wykonujesz najdrobniejszą i najmniej ciekawą pracę.

Jak to się ma do liścia? Liść "będzie błogosławiony". Oczywiście tę konkretną sytuację możemy potraktować z przymrużeniem oka. Jakiś liść, jakieś dziecko. Pracując dla stowarzyszenia XYZ staję się wizytówką XYZ, a zatem oczekuje się ode mnie godnego zachowania, rzetelnej pracy, wiedzy na temat działalności XYZ oraz projektu, do którego przystąpiłem. W przeciwnym razie nie będę wiarygodny i zamiast pomóc, mogę zaszkodzić. Jeżeli nic nie wiem o dziele, w które się zaangażowałem, jeżeli działam na szkodę jego twórców, to moja obecność w tym miejscu stanowi nieporozumienie. Stowarzyszenia, fundacje i tak dalej. Działalność czasowa. Jednorazowa, kilkukrotna - różnie bywa. Na co dzień jednak (i to o wiele bardziej trwała perspektywa) jestem chrześcijaninem. I może nikt mi o tym nie trąbi pięć razy dziennie, do każdego ucha osobno, ale owszem - jestem wizytówką i przedstawicielem Boga. Chrystusa. Pracuję dla Niego. Nie dostaję za to pieniędzy, dostaję życie wieczne i wiele wiele dodatków, cenniejszych od jakichkolwiek gadżetów i kart rabatowych. I teraz pytanie: czy naprawdę jestem wizytówką Boga? Czy inni patrząc na mnie, widzą jakiekolwiek powiązanie pomiędzy Nim, a mną, czy nigdy się tego nie domyślą, bo nic na to nie wskazuje... Czy ja w ogóle wiem, jakiego "projektu" jestem członkiem i co z tego wynika? Czy świadczę o Bogu, czy jest to świadectwo autentyczne, gdyż czuję się związany z Twórcą, czy na razie jestem dopiero na etapie radości z otrzymania "bonusów" i "kart rabatowych" i nic poza tym, gdyż nie mam wiedzy na temat tego, do Kogo przynależę? I co robi taki przedstawiciel Boga? I czy nie błogosławi? Błogosławi tym, wobec których tak trudno wysilić się na najmniejszą życzliwość, nie ich marnym poczynaniom, ale im samym, w nadziei, że i oni odnajdą miłość Boga. Błogosławi tym, których spotyka na co dzień - w pracy i na ulicy - trudnym, męczącym, nie czekając, aż dostanie do pobłogosławienia kogoś bardziej godnego i zasługującego na miłość i błogosławieństwo. Bo czy nie tak właśnie działa Bóg? Błogosławi wszystko, co wychodzi z Jego rąk. To Zły natomiast odpowiada za przekleństwa. Albo sobie pobłogosławię, albo się przeklnę. Albo pobłogosławię tego, kto jest obok - niezależnie od tego, czy go lubię, czy nie znoszę - albo tego nie zrobię. Błogosławieństwo jest częścią stwarzania. Chrześcijanin stwarza Królestwo Boga od teraz. Od już. Tutaj, gdzie aktualnie jest. A jeśli nie potrafię komuś pobłogosławić? Wtedy przebacz mi, Boże, i Ty sam przyjdź do tego człowieka i wylej na niego swoje miłosierdzie i błogosławieństwo. To pierwsze po to, aby uzdolniło do przyjęcia tego drugiego. 

- Liść na mnie spadł! Będzie błogosławiony. 

wtorek, 20 października 2015

byłbym niczym

Łobuz ma siedem i niecałe pół lat. Siedzi przed komputerem, gra w to, co zawsze i jakby od niechcenia coś tam sobie mówi, czy nawet wyśpiewuje pod nosem. "Coś tam" w stylu:
- Lubię cięęę, a ty mnie - tak czy nie?
Odpowiadasz:
- To chyba oczywiste!
- Nie oczywiste. Nigdy mi tego nie mówiłaś... - z humorem, ale jednak odpowiada Łobuz. 

Może nie nigdy, ale może za mało. I choć to oczywiste, bo "przecież widać", to jednak wszyscy potrzebujemy to słyszeć. Oczywiście samo słyszenie nie wystarczy. Bez uczynków jest martwe, jak niepodparta działaniem wiara. Ale nawet, gdy są uczynki, gdy widać, to jest w nas coś z dziecka. Chcesz usłyszeć: kocham cię. Chcesz to usłyszeć od drugiego człowieka i od Boga samego. Nawet, jeżeli wiesz, że On za ciebie umarł. Nawet, jeżeli to zdanie ciebie zawstydza. Chcesz zostać zawstydzony miłością, choć możesz się zapierać do końca życia, że to nieprawda.  

A Łobuz jest Łobuzem i tego nie da się ukryć. I tylko trudno Łobuza nie kochać. 
Ale żeby kochać wszystkich łobuzów, daleko więcej, niż tylko aktualnych siedem miliardów z kawałkiem, do tego trzeba być jednak Bogiem. 


poniedziałek, 12 października 2015

o śniegu i warzywach

Śnieg. Idiotyczny opad z nieba, powodujący,  że tak szybko siadasz na łóżku, jak wstałeś. Zdziwiony. Październik. Roraty. Złota polska jesień i zima, której po trzech latach się przypomniało, że może jednak... Musztarda po obiedzie. A obiad był pyszny i z całego serca błogosławię M. ze ten krem pietruszkowo-selerowo-gruszkowy. Było mi jak w niebie. Dżem ze śliwek, też M. ale nie tej samej, również cudo - mogłabym jeść do śmierci. Boże, jak mi dobrze, jak mi dobrze czuć się zatroszczonym. I jak mi smutno. Ale to nic. Wracam, a w piekarni on i ona, ale bardziej kumple, niż para. 
Ona (zastanawia się): - ...no i może jeszcze coś słodkiego, ale nie wiem, co.
On (uszczypliwie): - Wyglądasz jak pączek, więc kup sobie pączka.
Ja (w myślach): Wcale nie wygląda, jak pączek. 
Ona (do której po chwili dotarło, nieco oburzona): - Co ty powiedziałeś? Że wyglądam jak pączek?!
On (rozbawiony): -... więc kup sobie pączka.
Ona (chyba nierozbawiona tak bardzo, jak on): - A ty kup sobie buraka!
Ja (w myślach, a równocześnie z nieskrywanym chichotem na ustach): - :D :D :D! 

A to z zeszłego sezonu: 


niedziela, 27 września 2015

o stałości

A jeśli jest jeszcze bardziej nie po twojej myśli? Nie tak, jak byś sobie życzył, oczekiwał, chciał pragnął? A jeśli z nieba jednak nie spadają natychmiastowe rozwiązania i wiesz jeszcze mniej, niż wiedziałeś kilka dni wcześniej?

Jest zimny, bardzo rześki wieczór. Zmęczony i dziwnie spokojny wracasz do "domu".  Po granatowym niebie przesuwają się drobne i miękkie obłoki, podświetlone intensywnym światłem księżyca. Piękny i zmienny krajobraz - zmienne niebo, chmury, zmienny księżyc. Po drodze mijasz drzewo - solidne, rozrośnięte, stabilne, silne, dostojne, ochraniające przed skwarem i deszczem fragment ziemi pod swoją rozłożystą koroną. To jest to. Symbol może, może reprezentant sedna sprawy. Egzemplarz cudownej stałości. Jest coś w nas, co potrzebuje być stałe, niezmienne. Żywe, zielone, kwitnące, ale też silne, stabilne, niezachwiane. Pomimo całej sympatii do niespodzianek, przygód i zaskoczeń, coś w nas domaga się stabilności, pewności, że tak, że zawsze, że błogosławione, co nigdy się nie zmieni. Jak Miłość. Ta więcej, niż ludzka. Ta Jego. Ta majestatyczna i żywa jak drzewo i Ta, która na drzewie przypieczętowała Swoją wieczność oraz to, że nigdy się nie zachwieje. Ta od zawsze i na zawsze. Nie od pierwszego wejrzenia, ale znacznie wcześniej i nie aż po grób, bo znacznie dalej. 

Bóg Jest stały. Stały w Swoim "tak", wbrew mojej zmienności poglądów i nastrojów. I stale słucha. Także tych stałych modlitw, prawie monotonnych, różańcowych, bez inwencji twórczej i natchnień emocjonalno-artystycznych. On słucha mnie wtedy z takim zaangażowaniem, jak ja słucham deszczu - niby monotonny, regularny i można się przyzwyczaić, ale jednak trudno nie zauważyć, że pada. Jeden, stały dźwięk w kółko. Jak "ufam Tobie" non-stop. Jak "Zdrowaś", "chwała", "amen", jak "zmiłuj się nade mną". 

Nuda. Błogosławiona nudna stabilność, grunt pod nogami, skrawek ziemi, istnienie ukryte i ocalone pod rękami nieustannie rozpostartymi i w gotowości, by objąć i ocalić. 

Stań pod drzewem. Raz jeszcze.  

Stało drzewo, 
Stałem ja -
Niestały i stale kochany.

piątek, 25 września 2015

turn

Pada drobny deszcz. Nie przeszkadza mi, bo idę pomiędzy deszczem, prawie go nie zauważając. Idę i myślę - wszelkie zmiany, gwałtowne zwroty akcji, które spadają na człowieka z nieba, znienacka, jak bomba, nie jak manna, bez uprzejmych uśmiechów i gratulacji, za to z darmowym niepokojem i obawami również w gratisie - wszystko to można przyjąć dwojako. Sposób pierwszy i częsty oznacza wzrost lęku i spodziewanie się najgorszego, albo przynajmniej złego - wszak usuwa się grunt spod nóg, taki grunt niby to dany w spadku, ale jednak uklepany własną łopatką i wzmocniony piaseczkiem z prywatnego wiaderka. Sposób drugi - mniej oczywisty, mniej klasyczny, mniej popularny i czasem nieco szalony - zmiana jest szansą, kryzys okazją do wzrostu. Ubywa mi kilka hektarów, co jest całkowicie nie po mojej myśli, kończy się "arkadia", ale za to robi się miejsce na coś nowego, innego, na coś, czego jeszcze nie było. Może się okazać, że w jakimś sensie jest trudniej. Może się też okazać, że to, czego bardzo nie chciałem zmieniać i z czym nie chciałem się pożegnać, pomimo swojej pierwotnej rajskości zarosło chwastem i trzeba było się tego pozbyć. I że Ktoś wykosił to za mnie kosiarką w sposób błyskawiczny, ponieważ opieszale szukałem sierpa. 

Być może istnieją modlitwy niewypowiedziane, ale bardziej rzeczywiste i prawdziwsze od wszystkich słów. Czasem nic o ich istnieniu nie wiemy, czasem przeczuwamy ich obecność i zabijamy je gwoździami w mysich norach. 

A ja idę pomiędzy kroplami deszczu, jest już ciemno i jest też smutno jakoś i myślę, jak bardzo chciałabym mieć takie zaufanie i wiarę taką, by każdy niespodziewany zwrot akcji przyjmować jako dar, jako szansę do wzrostu, jako przycięcie gałęzi tylko po to, by lepiej owocowała. Jako gest nieustannej Miłości, która swoje wie i wie też moje i poprowadzi mnie do światła, jak pnącze, nawet, jeśli z natury jestem zwykłą pieczarką. 

Heh. ;)

Tak, czy owak, Tobie chwała i Tobie dzięki. Dzięki, Bogu. Panie Bogu :). Panie Bogu mój...