wtorek, 3 stycznia 2017

Pies Pański

Pies ma cztery łapy, dwoje uszu i jednego właściciela, którego kocha psim swoim sercem. Kiedy go nie ma, kładzie się na progu i oczekuje pod drzwiami, mierząc czas na swój sposób - nie ma go już od dwóch sikań albo minęły cztery porcje karmy i nie wróciła... Gdy się już zjawi, zwierz skacze, macha ogonem i gdyby tylko potrafił śpiewać, śpiewałby z radości. Inni domownicy są sympatyczni, czasem przydatni, ale pozostają tylko innymi domownikami i nie ma się zwyczaju chodzić za nimi krok w krok. Do czasu, aż pies się boi. Gdy za oknem, daleko, słychać wybuchy, wystrzały fajerwerków, czworonóg włazi pod twoje nogi, by przez ten tunel wcisnąć się pod biurko, jak do schronu. Gdy położysz rękę na jego grzbiecie czujesz, że się trzęsie. Gdy idziesz do kuchni, toalety, łazienki - wszędzie pies człapie za tobą, krok w krok. Uspokaja się wreszcie, gdy strzały na chwilę ustają i gdy leży obok ciebie na łóżku, głaskany cierpliwie. I wiesz, że zachowanie czworonoga jest szczere i rozczulające, ale nie zmienia to faktu, że nadal jesteś tylko jednym z domowników, bo psie serce należy do kogoś innego. 

Analogia może blada, ale z Bogiem jest podobnie. Można tulić Mu się do nóg ze strachu, podczas gdy serce należy do kogoś/czegoś innego i kiedy tylko zagrożenie (realne, czy też nie) minie, ląduję znów na progu i czekam. Tylko, czy wiem chociaż na kogo, albo na co? 

Szczytem relacji Boga do człowieka nie jest pozyskanie tego drugiego przez Pierwszego, aby Mu zastraszony i pełen chorobliwego lęku biedaczyna usługiwał i potakiwał posłusznie. (W miłości nie ma lęku...). Tu raczej o serce się rozchodzi. O jego zdobycie, pozyskanie - ale nie siłą i przemocą (tak nie pozyskuje się serca, tylko pełne niechęci posłuszeństwo). 

I tak - cieszysz się wielce z psiej przychylności i zaufania, przy równoczesnej świadomości, że jutro będzie nowy dzień i powody do spoufalania się przeminą. Tak trudno powiedzieć, co myśli Bóg, ale chyba możesz przypuszczać, że woli cię widzieć przy Sobie po prostu, niż tylko z powodu tych, czy innych obaw. Bo serce skupione na obawach nie jest sercem skupionym na Osobie. 

sobota, 31 grudnia 2016

I na progu kolejnego roku myślę: daj mi mądrość i tęsknotę za Mądrością i jeszcze jedne Święta Bożego Narodzenia. Proszę, oferując nic w zamian - wszystko, co mam.

niedziela, 11 grudnia 2016

Człowiek. Krucha, słaba istota, potrzebująca drugiej istoty równie słabej i kruchej. Dwuletnie dziecko, które tak łatwo można przestraszyć i tak mile przytulić. Staruszka, która cieszy się, gdy przychodzisz i której uśmiechu i uścisku dłoni brakuje, kiedy zastajesz ją śpiącą. I ty - pomiędzy dzieckiem, a starcem - znajdujący w sobie pierwszą i drugą postać, choć żadną z nich nie wypada ci być już i jeszcze. 

Człowiek. Niełatwo nim być, stać się, zostać. 

A do tego jest jeszcze Bóg.


półmetek

Adwent szorstki, daleki od sielanki. Poranki czasem wywalczone, czasem przespane. Ciągłości brak. I człowiek też taki na strzępy porwany. Pragnienie, Tęsknota i Czekanie - raz na wozie, raz pod wozem. Dużo słabości, mało powodów do dumy. Zachwytów prawie wcale, choć kiedy słońce pod właściwym kątem spojrzy na niebiosa i rozświetli je swoim blaskiem, prześwietlając przy tym chmury i serce, ma się na chwilę TEN błysk w oczach i namiastkę dziękczynienia w głębi duszy. Czas wołania. Krzyku tym lepiej brzmiącego, im mniej dodatkowego i zbędnego jazgotu. Czas, który tym pełniejszy, im bardziej puste i ciche są jego poranki. Im wcześniejsze dni początki, z głowami niezdolnymi jeszcze do nadczynności w produkowaniu myśli. Gdy cały jesteś twoją bolącą nogą, albo ręką, którą się czeszesz przed wyjściem. Czas w tym roku bardzo staccato, oby przynajmniej bez fałszów...



Nieba z ziemią połączenie - 
- Czego Jakub miał widzenie -
Znaczyło: Bóg się zlituje
I w ludziach się zamiłuje...


niedziela, 20 listopada 2016

Krótka Opowiastka o Końcu Świata

Z racji, że niedługo czas wołania, czas czekania i tego rodzaju "okoliczności przyrody", na tle których przyduszane na co dzień pragnienia zaczynają krzyczeć wniebogłosy - dziś Krótka Opowiastka o Końcu Świata. Bo skłoniono mnie niezbyt dawno do tego, by pomyśleć o nim w innej, niż dotychczasowa, perspektywie. Nie, że jeden dzień. Nie, że grom, sąd, jedni w prawo, drudzy w lewo i kurtyna spada w dół, a widownia pustoszeje. Raczej, że to dzieje się już, staje się teraz. Jak to? W taki sposób, jakby stworzenie, oderwane niegdyś od Boga, dążyło do ponownego z Nim zjednoczenia, które oznacza, że w międzyczasie i po drodze, w pył musi być starte wszystko, co z Bogiem nie współgra, co do Niego nie przynależy i z natury swej nie jest zgodne z Boską rzeczywistością. Jak dwa elementy jednej całości, jak planeta i księżyc, który oderwał się od niej przed laty i pierwotnie był częścią tejże* - jeżeli ma powrócić do całości i jedności z ciałem, od którego "odpadł", należy się pozbyć wszystkiego, co narosło w międzyczasie, a co jest obce i powoduje niemożność współgrania jednego z drugim. A to generuje tarcia, niejednokrotnie bolesne i mało przyjemne. I oprócz tego jednego, głównego Końca Świata, każdy człowiek ma swój własny koniec świata, który wpisuje się w cały ten proces i jest jego częścią. Człowiek jest ścierany, kształtowany, a jego wzrastanie i rozwój jest (paradoksalnie?) redukcją i procesem nie tylko zdobywania wiedzy i umiejętności, ale też pozbawiania wszelkich zbędnych odrostów, często licznych i bujnych, ale zakłócających bardzo delikatną istotę ludzkiej jednostki. 

Idźmy dalej. Skoro w rzeczywistość Boga, w Jego istnienie i świętą obecność (a więc także i w Niego samego) nie sposób wnieść absolutnie NICZEGO, co jest z Nim sprzeczne (bo to się nie przyjmie - tak, jak nie przyjmie się szpik od niewłaściwego dawcy), oznacza to, że natura ludzka jest stuprocentowo kompatybilna z naturą Boską i z Bogiem samym. Dowód? Jezus Chrystus, który naturę ludzką "wniósł" do Trójcy Świętej - na stałe, na zawsze, na wieki wieków. Oznacza to zatem, że każdy człowiek posiada "pakiet startowy" dający mu szansę na zjednoczenie ze Stwórcą. Nie chodzi rzecz jasna o to, że staniemy się częścią Trójcy, jak jest nią Jezus, ale że mój umysł, moja dusza, moje ciało, moje decyzje, moje myśli, słowa i czyny mogą być z Nim naprawdę zgodne, a także, że "nic mnie nie zdoła odłączyć od Jego miłości", a wszystko, co nie współgra z nią, musi zostać (prędzej, czy później) starte i może lepiej, żeby to stało się tu, a nie w czyśćcu? Jeżeli natomiast świadomie i dobrowolnie będę obstawać przy tym, że absolutnie nie chcę ani tych tarć, ani tej jedności, wówczas odrzucę się sam, bo nie da się dokonoać "wszczepienia", gdy pomiędzy jedną, a drugą rzeczywistoścą, zachodzi wyraźny konflikt. Jeżli coś w Bogu jest niemożliwe, to na pewno sprzeczności.

Kim są zatem "Ludzie Boga"? Nie tylko tymi, którzy sami dają się "ścierać" i pozwalają odebrać sobie to, co zbędne i co jest przeszkodą na ich drodze do Stwórcy, ale też tymi, którzy sami, chodząc po ziemi, depczą ją w taki sposób, by nadać jej formę, która będzie jak najbliższa rzeczywistości Bożej. I tutaj każdy odpowiedzialny jest za ten kawałek ziemi, na którym żyje, czyli za egzystencję własną,  która będzie inspiracją i drogowskazem dla kogoś tylko wtedy, gdy damy się zetrzeć sami, a nie wówczas, gdy będziemy za innymi biegać, machając rękami i nerwowo nawołując: "Depcz! Depcz! Do roboty!" I to wcale nie jest proste. 

A zatem "Ludzie Boga" to ci, którzy do Końca Świata zmierzają świadomie, podpinając pod ten "Projekt" swój własny koniec - a więc i ci, którzy próbują ów Koniec Świata przyspieszyć, czyli przygotować świat na to, co z każdą chwilą się staje. 

Niech Twój rozbłyśnie dzień...



* Metafora niedoskonała i można jej wiele zarzucić, ale czemuś jednak służy.




niedziela, 13 listopada 2016

nie zapomnij, nie zapomnij nas

Chciałbym, abyś przyśnił mi się choć raz, bym wiedzieć mógł o Tobie coś więcej, bym mógł być blisko na chwilę. Bo brakuje mi odwagi, by być Zacheuszem, by wleźć na drzewo i ściągnąć Cię na ziemię, byś powiedział mi wreszcie, że musisz zjeść ze mną, przyjść do mnie, byś nie pominął mnie jak dotąd może... 

Przyjdź do tych wszystkich, którzy już nie wierzą, którzy porzucili nadzieję i są jak opuszczone domy. Przyjdź do nich, zjedz z nimi, przywróć im życie, tchnij Ducha. Przyjdź do tych, którzy już nie proszą, którzy na nic nie czekają, których spojrzenie już dawno zgasło, choć powieki jeszcze się nie domknęły. Przyjdź do tych, którym my nie potrafiliśmy dać nadziei, bo brakło nam wiary, zaufania, ale nie egoizmu. 

Bo nie wierzymy i nie ufamy, bo stawiamy na sobie (i nawzajem) krzyżyki, bo nie potrafimy sprostać, bo uciekamy, chowamy się i oddajemy naszą wolność za cenę zapomnienia na chwilę, ale nie znaczy to, że nie tęsknimy za Tobą cholernie. 

Daj nam Siebie, Swoją Obecność i cichą pewność, że jeszcze nie jest za późno. 

Wielki Panie winorośli, Stworzycielu gwiazd...

czwartek, 3 listopada 2016

pocztówki Pana Boga

Po niebie gna już Adwent, pędzony przez wiatr, jestem pewna. I Pan Bóg wyciąga z szuflady pocztówki z dzieciństwa i wspólne zdjęcia, jakby chciał pokazać - o tu, tu, patrz, tu byliśmy razem, zobacz, pamiętasz? Kiedy śnieg wespół z mrozem chrupały pod butami, a ty brałaś głęboki oddech i chłonęłaś oczami różowe zachody słońca wpadające w granatowe i ciężkie niebo. Byłem wtedy, pewna bądź. Cokolwiek i jakkolwiek. Pamiętam ciebie lepiej, niż ty siebie sama. I popatrz, że wciąż masz to samo serce i oczy, połączone Wielką Tęsknotą, która kiedyś się przecież spełni, tylko nie przestań wierzyć. Ja Jestem. Pomiędzy tymi pustkami i w nich i ponad nimi. I tam na dnie, gdzie nie ma już niczego, gdzie jesteś jak wrzucony do głębokiej studni bez możliwości wyjścia. Do studni wyschłej, w której umierasz z pragnienia. Gdzie możesz już tylko patrzeć w górę, a i na to nie starcza ci sił, ani wiary. 

A ja szłam ulicą martwą i pustą, nocną i weekendową. Na wyludnionym przystanku siedział człowiek w czerwonej pelerynie i patrzył w chodnik. Gdy podniósł głowę, na twarzy zobaczyłam maskę - całą białą, właściwie bez wyrazu i puste otwory zamiast oczu. Przebranie z okazji święta dyni. Spojrzałam na tę twarz, a właściwie na wierzchnią nijakość przykrywającą skutecznie to, co naprawdę i to był tak smutny widok, że nic, nic o człowieku nie wiemy. Co w głębi. Co w sercu. Co na dnie oczu.