środa, 13 stycznia 2010

very very short


Życie jest jak gra w golfa - dołek (...) dołek (...) dołek (...)

poniedziałek, 11 stycznia 2010

I don't care if Monday's blue

Zima niczym w Dolinie Muminków, z tą różnicą, że ja nie mogę tyle spać, co te białe hipopotamki. Farciarze.
Sesja.
Żartowałam, jeszcze nie. Niby nie, bo tak naprawdę już trzeba się uczyć. I tak do połowy lutego co najmniej. Oby nie dłużej.
Nie trzeba daleko się ruszać, by znaleźć tzw smaczki własnej egzystencji. Mam na myśli moją dzisiejszą, trzydziestokilometrową podróż na uczelnię. Podróż pod patronatem piosenek festyniarsko-weselnych z kategorii disco polo. Siedziałam pod głośnikiem i usiłowałam zgłębiać notatki, a w głowie dochodziło do miksowania się dwóch skrajnie różnych treści. I tak słyszę, że "posłał tata Andżelinę na brzeg rzeki po wiklinę..." czytając równocześnie o diasporze Ukraińców w Polsce, albo liczbie prawosławnych. W każdym razie wyżej wspomniana Andżelina "miała wrócić za godzinę, nie wracała całą noc". (A wszystko przez Manuela). Tutaj aż prosi się przypis, jednakże nie znam autora słów tej pieśni. Dodam tylko, że kolejnymi przebojami były "Wolność i swoboda" oraz "Jesteś szalona", jak i kilka innych, których nigdy wcześniej nie słyszałam. Gdyby to był inny bus i inny kierowca, pewnie po piętnastu minutach jazdy mocno zirytowałaby mnie taka playlista. Ale kierowca, który zawsze mówi ci "dzień dobry" z uśmiechem i nie ma kursu, żeby nie był miły i życzliwy... w tym wypadku można przymknąć, jeśli nie ucho, to przynajmniej oko na muzyczną stronę podróży. Poza tym myślę, że tu istotny jest rytm. Przypuszczam, że w rytmie dico polo jedzie się szybko i płynnie.

A tu staroć na dobry początek tygodnia. :)

niedziela, 10 stycznia 2010

O, Panie, nie daj mi żyć przez internet!

Bo tak patrzę i widzę i stwierdzam - jestem uzależniona od sieci. Nie jest chyba jeszcze najgorzej, bo dziś wyrzekłam się wirtualności na rzecz dawno czekających obowiązków. Ale nie jest też różowo, bo niestety, kiedy w imię tychże większość czasu spędzam w domu, życie towarzyskie ogranicza mi się do kabelka. Tu jednakże chyba też gorzej by być mogło, bo tak naprawdę tęsknię za normalnym życiem towarzyskim, a nie jakimś jego ograniczonym i ograniczającym substytutem. Cudownie, że mogę książkę z biblioteki zamówić przez internet i równie cudownie, że pewnych, najistotniejszych na świecie rzeczy, tą drogą nigdy nie załatwię. Cywilizacja... czasem mam wrażenie, że rozwijamy ją po to, by się później nią owinąć, ograniczając przy tym własne możliwości.
Uwielbiam dostawać maile, które nie są spamami, które niosą treść. Choć one też są mocno ograniczone, bo może to, że właśnie teraz mam wrażenie, że ktoś wyskoczył na mnie z mordą, jest niczym więcej, jak tylko moim subiektywnym odczuciem, spowodowanym niemożnością usłyszenia tego, jak byłoby to wypowiedziane?
Grunt, to nie martwić się na zapas i bezpodstawnie. Jeśli kiedyś posiądę tę umiejętność, to chyba świat się skończy, bo moje obserwacje prowadzą mnie do wniosku, że u mnie to wrodzona i mocno już przerośnięta zdolność. Panować nad nerwami nie umiem, choć bywa, że troszeczkę udaje mi się nieogarnianie wszystkich zmartwień razem, w jednej króciutkiej chwili, idealnie, by paść pod ich ciężarem. Choć prawdopodobnie to, co nas przeraża to karykatura tego, co naprawdę nam zagraża. Mocno przerysowana. Nie zawsze, ale czy nie często?
Odkrywam więc, że żyć należy metodą małych kroków, takie step by step. Bo problemy są i mam wrażenie, że do końca życia się nie skończą.
I jeszcze jedno - najważniejsze na świecie jest to, by nie zostać z tym swoim szalonym przeciążeniem samemu. I by siebie nie zapędzać w jakiś ciemny kąt. Wyjść - do światła, do ludzi i rzucić tym wszystkim na pastwę losu. Niech łapie. Trudne? Pewnie, że tak. Ale jak wyzwalające !... :)

akcent muzyczny

środa, 6 stycznia 2010

Sesame Street

Ludzie. Ludzi nigdy dosyć.

Licencjat. Chciałoby się szczęśliwego rozwiązania z pominięciem fazy prenatalnej.
No, nie ma tak lekko.

Love. T.Love. Zawsze będzie brzmieć znajomo. Wszak to cząstka mej
nastoletniej historii. I pokoncertowe zdjęcie z Muńkiem. Heh, to było coś.

Limit. Bo "wszystko ma swój czas" i wszyscy nie mają czasu. Więc i ja go nie
mam.
Minuty dręczą w dalszym ciągu. Wespół z sekundami.

Lato. Ale zanim ono, to niechaj wiosna! Niech kwitnie. Ale oczywiście najpierw sesja,
potem wiosna. Nie inaczej.

Listy. "Ludzie zejdźcie z drogi, bo listonosz jedzie". Czasem szkoda mi tych czasów,
kiedy się
ze skrzynki wyjmowało pachnącą kopertę. I nie był to rachunek.

Lwów. A tam Boże Narodzenie. I gościnni ludzie z ulicy Franka. I dworzec, z którego
wyrusza się
dalej, w ukraiński świat. I zeszyty w formacie B5.

Landszaft. Zimowy, senny, spowalniający. Z błotem pośniegowym i kałużami, w które
gwałtownie wjeżdżają autobusy. No i, rzecz jasna, z czystym, bielutkim
śniegiem,
oblepiającym choinki mojej prowincji.

Lenistwo. Taka choroba, która często, niestety, dopada mnie. Ale póki jestem w
kontakcie z
moją chęcią do życia (a ostatnio relacje nam się poprawiły),
zapomnieć należy o
lenistwie. Na nie jeszcze przyjdzie czas.

Lecz. Lecz póki co, czas na mnie.


Dzisiejszy odcinek sponsorowała literka "L". :)

Ponieważ "C" is for cookies. (:

zwykłe, zwyczajne.

"Minuty, sekundy dręczą mnie". W dalszym ciągu, może nawet bardziej jeszcze. I przypomniało mi się, że przecież studiuję. I jeszcze cicha myśl "O, Panie, niech się wszystko dobrze finalizuje. Przecież proszę".
Ale tak, czy siak, przecież żyję. Czy to nie jest nadzwyczajne?
Byle w górę unieść głowę i do przodu. Do przodu.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

minuty, sekundy, nie mogę spóźnić się.

Słoneczny, mroźny, styczniowy dzień niedospany. I zabieranie się za zabieranie się do pracy.
I marzenia nieśmiałe i drobne.
I akcent z roku, który przepadł dużo wcześniej, niż 2009. Lubiany. Z epoki "naście".

sobota, 2 stycznia 2010

being

Drugi stycznia - dzień, który się snuje. Dzień ponoworoczny. Wejście w nowy rok, jeżeli w ogóle używać takich szumnych określeń, nastąpiło płynnie. Nie spektakularnie, ale radośnie i myślę, że o to chodzi. Z mojej strony brak wzniosłych postanowień. Po prostu się żyje. Tak samo, jak wtedy, kiedy dwiema ostatnimi cyframi daty były 09. Przecież nie cyfry są tu ważne.
A poświąteczny czas okołosylwestrowy? Czasem odreagowania czasu świątecznego, chorobowego, przeleżanego. Czasem radosnym. Czasem obcowania z ludźmi. Obecności ludzi. Niech więc cały rok 2010 będzie rokiem Obecności. Przez małe i duże "O". Tego życzę.