poniedziałek, 17 maja 2010

Mann i ja.

Podejrzewam, choć jeszcze nie jestem pewna, że zaprzyjaźnię się niebawem z Tomaszem Mannem. Bezsprzecznie jego opowiadania są tysiąckroć ciekawsze od nudnych wywodów zawartych w tekście o kolonializmie, czy sama właściwie nie wiem o czym, bo skupić się nad nim nie mogę, a i cyrylica mi w tym nie pomaga.

A pan Mann napisał tak:

"Czyż się nie zdaje, że wewnętrzne przeżycia człowieka są tym silniejsze i tym bardziej męczące, im swobodniej, samotniej i spokojniej z pozoru się żyje? Nie ma rady: trzeba żyć; i jeśli wzbraniasz się być człowiekiem czynnym i zamkniesz się w najcichszym pustkowiu, to zmienne zdarzenia bytu będą cię wewnętrznie opadać i będziesz musiał w nich sprawdzać swój charakter, czy jesteś bohaterem, czy błaznem". /Tomasz Mann, PAJAC (1897)/

bezpuencie

"W nicość popłynę po czerwonym winie"...

Przy towarzyszącej nam aurze rzeczywiście można pływać. Mimowolne taplanie się w zimnym deszczu, przesiąkanie nim od stóp... raczej nieprzyjemne.

Bo ja lubię chodzić boso po rozgrzanym bieszczadzkim asfalcie, w strugach deszczu, który spada obficie z jakiejś dziury, z góry, w lipcowy, upalny dzień.

Ale dni upalne jakoś do mnie, do nas, nie lgną ostatnimi czasy. Więc ani boso, ani tym bardziej po asfalcie. Że do lipca daleko? Z każdym dniem nie aż tak, a z resztą maj... maj od lipca nie gorszy. Gdyby tylko nie był tak mokro-zimny.

środa, 12 maja 2010

poleganie

Entuzjazm zjawia się i znika, dlatego polegać na nim nie sposób.
Ot, właśnie - polegać... Idę polegać. W łóżku, aż do rana.

Od tego uwolnić się ostatnio nie jestem zdolna.

poniedziałek, 10 maja 2010

je!

Lubię. Lubię zaskoczenia. Tak - "nadziwić się nie mogę".

Fantastycznie jest! Jest fantastycznie! Niech się wszyscy dowiedzą. Tak - jutro, pojutrze, za tydzień, kiedyś na pewno - znowu wpadnę w dołek. Ale CO Z TEGO? (: Dołki są po to, żeby się z nich wygramolić, a potem nauczyć omijać.

Boże, cudny dzień.

I jeszcze kilka słów księdza Twardowskiego, które dziś są także moje:

Dziękuję Ci po prostu za to, że jesteś
za to, że nie mieścisz się w naszej głowie, która jest za logiczna
za to, że nie sposób Cię ogarnąć sercem, które jest za nerwowe
za to, że jesteś tak bliski i daleki, że we wszystkim inny
za to, że jesteś odnaleziony i nie odnaleziony jeszcze
że uciekamy od Ciebie do Ciebie
za to, że nie czynimy niczego dla Ciebie, ale wszystko dzięki Tobie
Za to, że to, czego pojąć nie mogę, nie jest nigdy złudzeniem
za to, że milczysz. Tylko my - oczytani analfabeci chlapiemy językiem

ks Jan Twardowski

sobota, 8 maja 2010

odrobina mistyki

Ni z tego, ni z owego, spadają na mnie slajdy. Małe obrazki z lat już odległych. Bardzo jasne, wręcz prześwietlone, ale wciąż niezwykle intensywne. Podejrzewam, że pobudzane są zapachem, czasem światłem.

Dziś zanurzyłam nos w bzie, jak co roku z resztą. Nie pamiętam, kiedy tego nie robiłam.
Bo obok schodów wielki krzak bzu. Kiści kwiatków, które wdzierają się wewnątrz ciała i duszy wraz z całym światem wiosennym. Na schodach siadał dziadek z kubkiem kawy i kawałkiem ciepłego sernika...
A ja, choć nie mogłam dosięgnąć bzu, wchłaniałam jego treść całym sobą. I przebiegałam po schodach w górę i w dół. Wiele razy.

To były dni z bardzo długimi wieczorami, którymi można było się napawać do woli, czyli aż do zachodu słońca, bo przecież kiedyś chodziło się spać trochę wcześniej.

Po słońcu można było biegać non stop, szaleńczo, z dziką radością. Biegało się do szklarni, albo zrywać czereśnie, czasem zwyczajnie i bez sensu - gdzie popadło.

A każdy dzień był wielkim przeżyciem mistycznym.

piątek, 7 maja 2010

thank for them

Fajne to jest, że się spotyka. Ludzie różni - tu i tam. Mniej i bardziej bliscy. I każdy ze swoim zapałem i swoim problemem. Żywy, namacalny człowiek. I tyle światów, ilu ludzi, a każdy świat inny - obcy i znajomy równocześnie. Intrygujący. Poznajesz człowieka, wchodzisz na jego kulę ziemską i nagle dowiadujesz się czegoś o swojej własnej.

Lubię stąpać po nie moich globach. I poszerzać swój planetarny układ.

I bardzo możliwe, że o ludziach już coś wspominałam. Ale tego chyba nigdy dosyć. Bo człowiek, to naprawdę brzmi dumnie.

Pisałam też już o tym, że czasem konieczność jest zbawienna. I dobrze się stało, że w to bure popołudnie musiałam wychylić nos za próg, a nawet nieco dalej.

Kiepsko mi się pisze ostatnio, nie jestem w stanie robić satysfakcjonujących zdjęć... ale chyba jeszcze nie jest najgorzej, skoro jest się w stanie rozumnie spojrzeć na człowieka.

Chyba nie jest najgorzej.

Czuję wdzięczność. Wdzięczność za ludzi. Bo są. Bo tacy, a nie inni. Bo kreatywni, bo rozumiejący, bo inteligentni, bo serdeczni, bo mają cięte języki, bo są prawdziwi, bo z wadami i zaletami. Bo można zawołać do nich naprędce "cześć", uśmiechnąć się na plantach, pożartować głupio, popatrzeć w oczy, nie udawać, że jest się w super formie, pójść na lody, wypić piwo, wysłać smsa albo maila, posiedzieć przy herbacie, ponarzekać na pogodę, potęsknić za słońcem, wyjechać, wracać, chodzić, biegać, po prostu być. A być to tak wiele!

czwartek, 6 maja 2010

wherever you are

Zimny maj. I mokro. I nieprzyjemnie tak i w senności się nurzamy, choć zieleń wybujała już z fantazją.

A ja idę do lata. A po drodze tyle zim...

Dziwne to jest, że wszystko pachnie. Mydło - coca colą, ulica wieczorem -zniczem, kościół - kościołem i podstarzałą spiżarnią...

Myślę. Myślę, że to nie tak jest, jak chciałoby się. Że mało się chce, bo chcieć to móc. Ale też, że patrzeć należy przed siebie. Jeżeli za, to tylko, by przed było już inne, by nie powielało smutnych schematów.

Padło dziś z moich ust, że życie jest tylko jedno. Frazes kopiowany i wklejany przez wszystkich w miejsca różnorakie. Ale powiedz sobie tak poważnie, na głos i może patrząc przy tym komuś w oczy - życie jest tylko jedno.

I popatrz na nie. Może inaczej, niż dotychczas.