środa, 11 maja 2011

zachować zapał odkrywcy

Woyey !

Kolaż. Jeśli coś tu miałoby się teraz znaleźć, to kolaż, bo jedno zdjęcie to za mało.

Dzień za dniem przeskakuje niczym dzieciak po chodnikowych płytach. (I nie nadepnij czerwonym lakierkiem na linię). Dziecinnieje się, by zmądrzeć. Mądrzeje, żeby oddziecinnieć.

Dzień bez marudzenia, gderania i z odwróceniem głowy od popieprzoności świata tego. Przychodzi moment, w którym dni stają się tak świeże i soczyście jasne, jak te, kiedy w szortach w palemki ganiało się w trawach od rana do nocy. Gdy do domu wpadało się tylko po to, żeby zdać meldunek i obiad zjeść i jak najszybciej czmychnąć do zabawy. Może to efekt ponownego odkrywania frajdy, którą dają rolki, może wiosna i słońce w oczy od rana, może nie wiem sama co. Może dni znów stają się takimi, jak kiedyś - gdy, w zależności od pragnienia, człowiek na godzin parę stawał się kimś innym i kreował rzeczywistość, jak tylko chciał. Mamo, będę piosenkarką, pisarką, poetką, aktorki tam chyba nie było, choć teatrzyki za zasłoną przerzuconą przez skakankę to było coś! A dziś wydam gazetę, otworzę pocztę, albo po prostu powkurzam brata...

Zachować zapał odkrywcy i zdolność do bycia zaskakiwanym ! Bez infantylności, bo w stanie obecnym jest tak samo przykrótka, jak szorty w palemki, ale z gotowością przyjmowania i dziką radością poranka dającego nowe możliwości.

Dziś będę szczęśliwym człowiekiem!

niedziela, 8 maja 2011

o przekazie i dlaczego ?


Siedem już lat nie żyje Waldemar Milewicz. Dobrze go wspominają, ja z kolei niestety średnio go pamiętam. Teraz za to myślę sobie: gdyby żył, chciałabym go zapytać, dlaczego to robi? Po co jeździ tam, gdzie jest tak groźnie? O co chodzi w jego dziennikarstwie? O co w ogóle rozchodzi się w całym tym medialnym szumie?

Środki masowego przekazu. Media. Trochę niemedialny temat.
Media mówią, rażą obrazem, słowem, dźwiękiem. Ale czy mówi się o mediach? A jeżeli, to co się mówi?

Odkąd zerwałam trwałą relację z telewizorem, jestem spokojniejsza. Codzienne patrzenie na szkło, zza którego rzucają w człowieka racjami, a każda z nich - najwłaściwsza, "najmojsza", podczas gdy ty odnosisz wrażenie, że żadna nie jest twoja. I zło. Na każdym kroku, wszędzie - wszystko złe, krwawe, okrutne. Nie wychodź z domu, bo to niebezpieczne. Najlepiej nie rób nic, tylko siedź. Przed telewizorem rzecz jasna. Napatrz się na zło. Najedz się nim, aż uwierzysz, że cały świat jest taki, więc i tobie wolno, lub też zgorzkniejesz zrezygnowany i utopisz się w beznadziei.

Rzecz jasna - demonizuję. Ale zrozumiałam wszystkich tych, którzy nie żałują, że nie mają w domu przeklętego pudła ze zdradziecką, frontową szybką. Nie mam w sobie nienawiści do mediów. Raczej pogardę względem wielu postaw i zjawisk, jakie się w nich prezentuje. Choć może już nawet nie pogardę, bo pogarda wyżera wnętrzności człowieka bardzo skutecznie, a głupotą byłoby dać się zniszczyć głupocie środków przekazu. Nie tyle więc pogardę, co chyba poczucie smutku.

Marzą mi się media niezależne. Chyba powinnam już dawno wyrosnąć z naiwnych pragnień. Ale czy to złe - chcieć, aby czwarta, a obecnie może i pierwsza władza, była rzetelna, prawdziwa? Skoro inne nie są, to może ta jedna... Nie wiem, czy dziennikarz winien być autorytetem. Myślę, że mogłoby to być nie tylko ciekawe, ale i bardzo pożyteczne. Bardzo nie chcę, by świat, w którym żyję, był przestrzenią milionów bajek zaczynających się od: "Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, gdy po ziemi chodziły smoki i autorytety"...

Money, money, money makes the world go round!!! /Monty Python

A przecież pieniądze rodzą się na skutek oglądalności, poczytności, posłuchu. Nieważne, jakie gówno ludziom wciskasz. Grunt, byś je sprzedał! Znajdą się chętni. I jeszcze w rękę cię pocałują. A niektórzy nawet w d...
Choć nie wszyscy. Zastanawiam się, czy społeczeństwo głupieje od mediów, czy raczej media dostosowują swój poziom do tego, co już znajdują na płaszczyźnie społecznej?

Dlaczego dziennikarz nie może zdać mi rzetelnej relacji z wydarzenia, dostosowanej dynamiką do sytuacji, którą opisuje, a przede wszystkim obejmującej prawdę?

Prawda się nie sprzedaje. Może czasem, gdy jest bardzo okrutna. Na ogół trzeba dosypać okrucieństwa, sensacyjności, worek intensywnych wrażeń. Może być także totalna głupota, byle czepiała się ludzi niczym rzep ogona psiego. I nie ważne, czego to się tyczy. Słusznie zauważają mądrzy ludzie, że zupełnie nieistotne jest, by powiedzieć prawdę. Należy przecież skupić uwagę - jak najlepiej, jak najdłużej, z użyciem całego pakietu tanich chwytów, badziewia wartego mniej, niż cokolwiek ze sklepu "wszystko za cztery złote". Prawda nie skupia uwagi, bo jest nudna. Niebarwiona.

Niby jest popyt na prawdę, niby jest i podaż. Niby wszyscy chcą prawdy, tylko czemu grają papierowymi pieniędzmi w Eurobiznes, zamiast wziąć do ręki w pełni wartościowy pieniądz? Fajnie się bawić w nierzeczywistość. Fajnie też oddzielić rzeczywistość od zabawy. Grubą linią.

Warsztat. Dobry warsztat i dryg do dziennikarstwa. Misja? Nie wiem, czy w dobie banknotowego bożka ktoś w nią jeszcze wierzy... Chciałabym zobaczyć kogoś, kto oddaje się swej medialnej profesji z godnością, zaangażowaniem i chęcią niesienia prawdziwych wartości. Nie cukierkowego i mdłego dziennikarzynę-słodziaka, chorego na nadczynność gruczołu wydzielającego hura optymizm, jak i nie osobnika zadającego beznadziejnie głupie pytania i strugającego krwawą, seksualną czy jakąkolwiek inną sensację na każdym kroku.

Może mam za duże wymagania. Jak ich nie mieć, kiedy myślę, że dziennikarz to zawód potrzebny? Nawet bardzo, tylko nie w tej dziwacznej, dwudziestopierwszowiecznej formie.

Panie Milewicz - co kierowało Pana tam, gdzie śmierć, agresja i nędza skakały po dnie człowieczeństwa ? Dlaczego? Bo ja chciałabym znać motywy, intencje i co Pan myśli...

poniedziałek, 2 maja 2011

święty to nie zasuszony wapniak !


Nieodparta chęć na moving zatrzymała się na etapie przemieszczeń sennych. Tak, cały Dzień Pański, dzień niedzielny, beatyfikacyjny i święty został przez podmiot przespany (pomijając przerwę na obiad i wieczorne wyjście na Eucharystię). Bo czasem się nie jest w formie.

Beatyfikacja została również przedrzemana (w imię zasady "niech Cię nawet sen nasz chwali"). Może to kwestia oziębłości, ale gdy posłyszałam termin beatyfikacji Jana Pawła, nie wzbudziło to we mnie dzikich emocji. Myślę, że trochę z powodu męczącej i niezachwycającej "papieżomanii", która od pewnego czasu zaistniała w mediach i społeczeństwie w ogóle. I tu miejsce na obszerną nieco dygresję: podmiotowe przebywanie w domu owocuje ostatnimi czasy odpoczynkiem, kontaktem z naturą w swojskiej formie, dobrym odżywianiem oraz obcowaniem z telewizją. Tydzień temu zaledwie natrafiłam w pewnym programie z udziałem młodzieży na pana Hołownię. Wczoraj patrzę i widzę kogoś białego (oczywiście dominikanin, tym razem Szanowny Pan Kłoczowski Andrzej Jan). Posłuchałam fragmentu i spodobało mi się to, co ów człowiek w białym mówił na temat półek "obładowanych papieżem" (czy jakoś tak), jak również pojęcie materializmu według któregoś z filozofów. Chętnie bym ów wątek filozoficzny rozwinęła, ale mam wrażenie, że nie godzi się wypowiadać na temat, o którym nie ma się pojęcia (bo co ja wiem o filozofii, gdy mam swoją, a z cudzych myśli pamiętam niewiele, choć wykłady z tej dziedziny, na które uczęszczałam były wspaniałe, jak i prowadzący je pan Joachim z resztą;) ). . . Poprzestanę więc na stwierdzeniu, że owa definicja mi się spodobała i że owszem - papież nasz stał się materiałem. Słusznie zauważył O. Kłoczowski, że kiedy Jan Paweł żył, radził sobie z tym, co się czyniło wokół jego osoby. Że mądrze się przez to zjawisko przebijał. Lecz cóż może teraz ten Święty (bo dla mnie jest Święty, choć oficjalnie "zaledwie" Błogosławiony), kiedy rzeczywistość, która go aktualnie pochłania, nie ma w sobie niczego z głupoty mediów, w ogóle niczego z głupoty. /To jest jeden z tych kuszących elementów Szczęśliwości Wiecznej - tam nie ma głupoty!... :)/
Wracając na ścieżkę rozważań - cóż może człowiek wobec głupoty, kiedy fizycznie już go tu nie ma? No zupełnie nic. Dla mnie Jan Paweł to człowiek niezwykły, świadek wiary, którego pamiętam, który żył "teraz", nie w średniowieczu, który urzekał swoją osobą, przybliżał do Boga (i zapewne nadal to czyni). Szkoda tylko, że uczyniono z niego materiał, gadżet na sprzedaż. Nie jego to jednak "zasługa". Dodam jeszcze, że niekoniecznie podoba mi się stawianie tysięcznego pomnika naszemu papieżowi. Pomnika w sensie kamiennego monumentu rzecz jasna. Żywy pomnik, jak np. wspieranie niezamożnej młodzieży w zdobywaniu wykształcenia - jak najbardziej tak ! Ale po co, po co - pytam - kolejny posąg ? Jemu chyba nie o to chodziło...

W każdym razie jest już oficjalnym Błogosławionym. Może informacja o terminie tejże uroczystości nie wzbudziła we mnie ogromnych emocji także dlatego, że jak dla mnie - to czysta formalność. On był święty już przedtem, jak są święci i inni, mało światu znani, którzy może nigdy nie doczekają się oficjalnego miejsca na ołtarzach. Ale czy dla Boga to coś zmienia? Nie sądzę. Owszem, zmiana jest dla nas. Jest oficjalny status. Nie mówię, że to niepotrzebne. Przeciwnie. Ważne, krzepiące, budujące i pokazujące, że można. Że świętość to nie przypadłość średniowiecza. I to jest fajne. Na pewnym blogu przeczytałam coś w stylu, że teraz nasza kolej na ołtarze. Cha! Kto tak dzisiaj myśli? Tak poważnie? Kto zdaje sobie sprawę z faktu, że święty to nie jakiś zasuszony wapniak, skamieniałość, nieżyciowe stworzenie nie wiadomo skąd? Tak nam się utarło, że święty jest nawoskowaną figurką z pobożnej procesji.
Srutututu, moi drodzy, tyle Wam powiem.

Tak więc cieszę się z beatyfikacji. Że święci to nie jakaś zamknięta na wieki wieków kasta. Może nawet trochę zazdroszczę innym tego Rzymu, choć dobrze wiem, że tłumy ostatnimi czasy nie wpływają na mnie kojąco, jak również, że obecna kondycja podmiotu nie nadaje się na dalekie vojaże.

Właściwie to chciałam dziś napisać o Biblii i jej przeze mnie nowym odkrywaniu po nocach, za przyczyną bezkonkurencyjnego Brandstaettera, ale teraz to już poczekam na kolejny post, ażeby do obecnego nie dorabiać cienia.

Dobrego maja! ;)

sobota, 30 kwietnia 2011

nieodparta chęć na moving


Dzień dobry w zupełności. I nawet lżej się porusza człowiek, aniżeli dnia wczorajszego. Może dlatego, że porusza się zdecydowanie mniej.

Słowa, słowa, słowa. Ogromna odpowiedzialność i chyba nazbyt często puszczanie ich na wiatr. Dużo myśli biega po głowie, nawet nie głupich ostatnio, a wśród nich jest i taka - czy należy się dzielić wszystkim? Czy w ogóle jest sens nazywać pewne zjawiska, podczas gdy nazwane jakby tracą na wartości i przestają emanować... A może nie przestają? Może emanują gdzieś indziej?

Mówić, pisać, a może po prostu się zamknąć? Często człowiek jest za głupi, by milczeć. A w milczeniu jest coś ze świętości. Pod warunkiem, że jest ono dostojne i szlachetne, nie złowrogie i zwiastujące nawałnicę.

W podmiocie chęć na moving. Moving chyba po to, by pocieszyć się lekkością majowego dnia, rozpiętego już szeroko na niebie. Taka ochota lekkiej, ale i mądrej rozrywki. Leżenia w trawie. Co w trawie może być mądrego? Uważam, że akurat wiele, jak poleżę, to się przekonam i doniosę. Uprzejmie, rzecz jasna.

Przynajmniej ta jedna. Nie, no oczywiście więcej. Często jednak alles nie jest klar. Przestrzeń niedomówień i niepewności. Niekoniecznie zła, dlatego czasem należałoby uszanować własną niewiedzę, nie udając, że jej nie ma.

Dość. Poleżałoby się podmiotowi w trawie - beztrosko i konstruktywnie zarazem.
Wyjechałoby się. Przemieściłoby się. Przemeblowałoby się. Uciekłoby się? Jeżeli szaleńczo i radośnie, to i czemu nie... Na chwilę choć, żeby wrócić.

środa, 27 kwietnia 2011

bo trzeźwość i brak zeza to zdecydowanie za mało


To everything there is a season and a time to every purpose under heaven ...

from Ecclesiastes.

Bo tak jest, że żyjemy sezonami i niekoniecznie mam tu na myśli sto pięćdziesiąty piąty sezon tegoż, czy tamtegoż serialu. Już nasi prapradziadowie dostrzegali cykliczność żywota, to i nam by wypadało. ( I choć zwykło się myśleć, że przodkowie sprzed lat wielu oznaczają ciemnotę, często mam wrażenie, że bardziej ciemni są ówcześni światli ludzie. Ale to już rozważania na inny post...)

Wielkanocna wiosna również rządzi się swoimi prawami - słońcem i świergoleniem w zieleni, na przestrzeni pomiędzy mną, a lasem. Nie ma, jak wiocha. I choć bez strzech, to jednak moja własna!

Na niekorzyść człowieka uruchamia się również mechanizm poświątecznego lenistwa, choć chyba bez przesady, tak myślę. Inna rzecz, że nieskorość do poruszania kończynami w stronę pracy znajduje swe źródło również w stanie wahań pomiędzy okołoalergią, a okołoprzeziębieniem. A podmiot wciąż nie wie, w którą stronę odchylony jest mocniej, więc leży w łóżku, dla złudnego poczucia stabilności.

I słucha. I czyta.
Bo Możdżer, Danielsson i Fresco miłymi są w sferze dźwięku. Miłością Mojego Życia na płaszczyźnie literackiej stał się natomiast Szanowny Pan Brandstaetter, obdarzony przez Stwórcę nadzwyczajną intuicją i zdolnością malowania przy jej pomocy obrazów, które trafiają w sam środek podmiotu. Ba, w środek środka nawet. Tam, gdzie samemu na ogół trudno jest trafić, choć trzeźwym się jest i zeza nie ma.

Bo trzeźwość i brak zeza to zdecydowanie za mało, choć i to za mało jest przecież powodem do radości.

Za oknem dobry, ciepły świat rozwija się do życia, podczas gdy podmiot zwija się w łóżku, śniąc o zjawiskach co najmniej dziwacznych. I gdy odrzuci się wyobrażenia pełne niepokoju, zostaje obraz podróży i nocnych peronów. Rdzawych sprężyn przy ciężkich kołach, polerujących bezustannie szyny długie jak makaron. Sen tak wyraźny, że można obudzić się i nadal czuć zapach rozgrzanych torów. Zupełnie, jakby się było naprawdę nocą na progu do innej rzeczywistości. Majacząca lampka w sennej kasie biletowej i zlewający się z mrokiem konduktor, przepuszczający przez palce brak biletu krótkiego na dwie zaledwie stacje.

Proces przemieszczania jest dla podmiotu źródłem wiedzy, jakiej nie posiadłby nigdy siedząc na jednym tylko fragmencie rzeczywistości.

Dlatego wierzę, chociaż owa wiara,
Która dla innych jest ojczyzną ciszy,
Dla mnie jest jeszcze jedną
Burzą.
Dlatego wciąż od nowa szukam Cię i szukam,
Jakby Cię za mało było w tym wszystkim,
W czym Cię nieustannie widzę i czuję.

Roman Brandstaetter, Rachunek kamieni

niedziela, 24 kwietnia 2011

wierny bądź


Ziemia jest miękka - ugina się pod każdym krokiem. Pachnie deszczem i kwieciem. Świat oddycha równomiernie, spokojnie i cicho, jak niemowlę. Zieleń przykrywa wszystkie braki zrozumienia, bo jak zrozumieć i ogarnąć to, co człowieka wielokrotnie przerasta. Śpiewają ptaki. Wszystkie równocześnie, w doskonałej harmonii, choć nigdy nie kształciły słuchu i nie pracowały nad emisją głosu.

Bo taki Jest Ten, który powstał - wszystko daruje hojnie, pragnąc tylko, by przyjąć.

To jest poranek szczególnie piękny. Być może taki, jak ten najlepszy, w którym rozbłysnęło na oczach człowieka prawdziwe Światło.
Trzy Dni - to dużo, czy mało?
Jemu wystarczy. . .

(...) I nie patrz zdziwionym wzrokiem
Na moje czoło, ocienione
Szerokim skrzydłem kapelusza.
Wróć do swoich braci
I powiedz niedowiarkom,
Że rozmawiałaś z Ogrodnikiem,
Który zasadził w ich krwi
Drzewo mądrości. (...)

Roman Brandstaetter , Jezus mówi do Marii z Magdali

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

hapaks legomena



Milion miejsc na ziemi i to twoje, jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. I hapaks legomena. Fajnie.

Różnorodność bardzo cenna. Szeroka skala stopni wrażliwości, najdziwaczniejsze poczucia humoru. (Byle tylko nie przegiąć...)

Jak to dobrze, że nie trzeba być pedantycznym ideałem. Jak to dobrze, gdy ci lata, co myślą i mówią inni. Jestem, jaki jestem i dobrze mi z tym, choć dużo chciałbym jeszcze zmienić. Jednocześnie wiem, że nie wszystko musi pójść po mojej myśli. Ale przecież będzie dobrze. Najlepiej jak się da. Z resztą już jest. I tak niewiele trzeba, by zmieniła się optyka, by dostrzec, że pępków świata jest tyle, ilu ludzi i tak naprawdę żaden z nich nim nie jest, choć każdy człowiek to stworzenie bezcenne. Każdy. Aż dziw bierze...

Jedna kawa, druga kawa, a do wieczora jeszcze tak daleko.
Niech to będzie dobry Wielki Tydzień.