sobota, 13 sierpnia 2011

różne oblicza rozkładu


ROZKŁAD = 
1. Porządek, według którego coś się dzieje, plan. Rozkład dnia. Rozkład lekcji, zajęć. Rozkład jazdy (pociągów, autobusów). (...)
2. Sposób ułożenia, rozmieszczenie, rozplanowanie czegoś. Rozkład miasta. Rozkład domu, mieszkania.
3. Proces rozpadania się substancji organicznych, zwykle na skutek działania bakterii. Rozkład szczątków roślinnych. Coś jest w rozkładzie albo w stanie rozkładu.
4. Upadek, rozprzężenie, rozłam. Rozkład ustroju feudalnego.
5. Podział, rozpad cząsteczki na mniejsze fragmenty.
6. Pokot.
7. W grze w brydża: pomyślny dla rozgrywającego układ kart u partnerów.

w: Słownik Języka Polskiego, Wydawnictwo Naukowe PWN. Tom trzeci R-Z. Rok: bardzo dawno.

Pomyślałam sobie, że może rozkład jazdy nie jest w istocie swej tym, co zwykliśmy przez to pojęcie rozumieć. Może to nie porządek, według którego coś się dzieje, a np. upadek, rozprzężenie, rozłam. 
(To tak w sferze luźnych myśli krążących wokół Kolei Pewnych Kolei w Państwie Nie Tak Odległym). 

Z kolei rozkład podmiotu to jeszcze inna rzecz.



czwartek, 11 sierpnia 2011

3.




1. Chcąc nie chcąc ma się ku jesieni.

2. W latach 90. telewizja pokazywała całkiem niezłe rzeczy. (Artystycznie, nie chodzi o wiadomości).

3. Na starych taśmach magnetofonowych można znaleźć spory kawałek siebie sprzed lat. Dziś na jednej z typowo moich odkryłam Hymn ZSRR....


 


wtorek, 9 sierpnia 2011

looking for emergency exit



(Za) dużo słów, bodźców, wiadomości o śmierci. 
(Za) dużo ludzkiego gadania, ciągle i ciągle. Uciekłam więc od  i czuję się wolniej. Uciekłam i dalej mnie nosi. 
Czy wakacje bez Ukrainy to jeszcze wakacje? Nie wiem.
(Za) dużo myślenia. Że czas taki zwykły, a z drugiej strony inny trochę, choć wyolbrzymiać się nie chce. 
Dobra dziś pogoda u mnie. Taka na góry. Taka wrześniowa, z Lorencem w tle. Taka, że myślisz, że to nic, że nie możesz już myśleć dłużej. Że minie, przejdzie i jeszcze coś dobrego wyniknie z tego.
Ogólnie tak bardzo nieznośnie, że człowiek zachowałby się jak struś, co lecieć nie może, więc wpycha łeb poniżej całej reszty siebie samego. Nic nie widzieć, nic nie słyszeć, nic nie mówić.
Nic nie czytać? A przynajmniej nic mądrego? To chyba nie jest słuszne. To może jest konieczne. 
Czasem chciałoby się przeskoczyć całe schody, nie musieć się wspinać po nich, bo końca nie widać i nie widać (jak przed laty, w drodze do świętego przybytku). No i nie da się. Leziesz. Wolno jak ślimak. Nie lubię ślimaków.

Dać sobie czas na ewolucję i pozwolić jej się wydarzać...

I dziękować Bogu, że jest, jak jest.


poniedziałek, 8 sierpnia 2011

okołoludzkie inspiracje i miłość do Zamachowskiego

Poniedziałek pod patronatem... powinno być Św. Dominika, tymczasem wdarł się w szarzyznę sierpniową Zbigniew Zamachowski. I dobrze, że się wdarł, bo nędza i ponurość taka ostatnimi czasy. Sympatycznie jest w tego rodzaju momentach czymś lub kimś się zainspirować, czy choćby rozweselić. Sylwetkę pana Zamachowskiego znam, jak większość, z ekranu. Maleńki fragment podejścia do życia poznałam po przeczytaniu dwóch z nim wywiadów. Dobrze jest, gdy ludzie robią dobrze to, co robią. Może jest mnóstwo przystojniejszych od pana Z. aktorów, na pewno jest tysiąc młodszych, ale ilu z nich naprawdę dobrych?... Toć ja po prostu kocham pana Zbigniewa Zamachowskiego całą mą platoniczną miłością! :) Bo jest świetnym aktorem, cudownie śpiewa, profesjonalnie poprawia humor i ma taki pogodny wyraz twarzy. I - jak wywnioskowałam z wywiadów -  jest naturalny i nie udaje, że nie żyje jak normalny człowiek, bo jest z gwiazdorskiej kasty. Lubię ludzi ze świecznika, którzy nie uprawiają bufonady. Ponoć na aktorstwo został przyjęty jako przedostatni z groźbą wywalenia przy braku postępów... Tak sobie myślę, o ile uboższa byłaby polska scena bez Zbigniewa Zamachowskiego. Pięćdziesiątka, czy cokolwiek na karku - gdy człowiek ma swoją klasę, to wdzięku z wiekiem mu nie ubywa. Przeciwnie raczej. 

Są artyści, których chciałoby się poznać osobiście, których ceni się za ich talent i pracę, czując równocześnie, że fajni z nich ludzie. I nie chodzi tu o pogoń za sławnymi jednostkami, bo są rozpoznawalne, bo znać kogoś powszechnie znanego budzi wśród ludzi jęknięcia o brzmieniu "łał!" itp. Obserwuję ostatnio trochę swoich bliższych i dalszych znajomych (jeżeli którymś z nich jesteś, nie czuj się skrępowany ;) ). Ludzie są inspirujący! (Boże, dzięki Ci za tych, których spotykam!). Lubię rozmawiać z człowiekiem (tak o rzeczach ważnych, jak o błahych), lubię z człowiekiem oglądać film (można wymienić się spostrzeżeniami), słuchać muzyki, pojechać gdzieś. Lubię pożyczyć książkę, spojrzeć przez czyjeś okno, przejść po nie mojej podłodze. Nie na siłę, a raczej z pewnego rodzaju pobożnym zamilknięciem. Ilekroć wchodzę do czyjegoś domu (szczególnie po raz pierwszy), czuję się trochę jak w nieznanej mi jeszcze świątyni. I to jest dobre. I tak, poznając ludzi (niekoniecznie ilościowo, a jakościowo raczej ostatnio), coraz bardziej dociera do mnie (i to jest fajne uczucie), jak niezwykły jest człowiek sam w sobie (każdy inaczej) oraz to, że nieważne jest pochodzenie, korzenie, pieniądze i nie wiem, co tam jeszcze. Że kij z lansiarstwem, kij z udawaniem. Że fajni jesteśmy, choć niejednokrotnie sami  z sobą czujemy się okropnie. Dobrze, że jest ktoś na zewnątrz, kto się za nas mocno w łeb postuka. 

Są jeszcze momenty, w których nachodzą mnie refleksje w temacie sławy. Że ludzie gonią czasem za nią, jak pies za drzewkiem... Popularność jednakże nie ma dla mnie wartości sama w sobie. Wartość ma raczej to, z czego ona wynika. Nie podoba mi się łykanie byle syfu, ponieważ opatrzony jest tą, czy inną metką. Wydaje mi się, że dobry i jedyny słuszny rozgłos pojawia się trochę mimowolnie, gdy człowiek ma zupełnie inny cel. Wokół dążeń do dobrego celu może wyrosnąć popularność. Ale w momencie, gdy ona sama w sobie jest celem - cała reszta robi się pusta. 

Zdaje mi się, że niejedna spośród osób, które znam, mogłaby zyskać rozgłos i sławę, bo robi fajne, dobre rzeczy i ma ogromne możliwości (choć nie wiem, czy zawsze ludzie sami widzą, jak są zdolni). I co z tego? Może czasem palec Boży stoi człowiekowi na drodze do popularności... Fajnie mieć znajomych. Fajnie, gdy nieważne jest, co i ile  myślą o nich  inni. Dobrze być wolnym od opinii publicznej i uwolnić od niej swoje relacje. Gdy się miało naście lat (Bogu dzięki - dawno), było to na swój sposób niemożliwe. Teraz... Teraz można poznawać człowieka takim, jakim jest i mieć w nosie resztę. 

A płytę "Zamach na MoCarta" kupię w przypływie gotówki, czyli kiedyś. Bo kulturę wspierać trzeba.






niedziela, 7 sierpnia 2011

pod patronatem Eliasza


Lubię Cię. Jeżeli  to czytasz, jest spora szansa, że właśnie o Ciebie chodzi. Jeżeli tego nie czytasz, szansa jest dokładnie ta sama.


Ludzie !
Nawet nie wiecie
Jak  ratujecie
Podmiot zgubiony w tym dzikim świecie 
...

Na pewnym lotnisku można dostać  dużego milka za jeden uśmiech. To dosyć miłe, szczególnie w lepki dzień. Szkoda tylko, że za uśmiech drugi nie możesz wsiąść do samolotu i odlecieć, kiedy tego twa dusza zapragnie.  A pragnie, oj jak pragnie... W radiu usłyszałam, że  pewien film to smutna opowieść o smutnych ludziach. Wniosek: już wiem, że nie chcę go oglądać. Podobnie, jak opowiadająca o nim kobieta, do kina lubię pójść po inspirację, a nie w celu pogłębiania dołów, które i tak się ma. Opowiedz mi coś wesołego, dobrego, jasnego, zwariowanego, w pastelowych, słonecznych barwach, z ogromem światła i dobrym dźwiękiem w tle.  (Byle tylko nie była to komedia romantyczna, na skutek zetknięcia z którą występują u podmiotu silne reakcje alergiczne). Bo kiedy przeżywa się stan "mam dość nr 1561", ostatnią rzeczą, jakiej się pragnie, są przygnębiające historie o tym, jak to się w życiu nie udaje. No, czasem się nie udaje. Po to, żeby potem udało się inne coś. Uczę się pokory, a to trudniejsze od chińskiego, żonglowania i wstawania wcześnie rano. A jakże przydatne. 


Zuchwałe czekanie.

Gwałtowna wichura rozwalająca góry i druzgocąca skały [szła] przed Panem; ale Pan nie był w wichurze. A po wichurze - trzęsienie ziemi: Pan nie był w trzęsieniu ziemi. Po trzęsieniu ziemi powstał ogień: Pan nie był w ogniu. A po tym ogniu - szmer łagodnego powiewu.(1 Krl 19, 11-12).


Zamienić zuchwałe czekanie w pokorne prze-czekanie wszystkich nieznośności....

środa, 3 sierpnia 2011

tu


Słońce w trawach, stopy w śliwkach, których obfitość wbita w ziemię, kwiatki za oknem. Po zmroku świerszcze, Wielki Wóz i tysiące innych gwiazd. Tu "Któryś jest w niebie" brzmi inaczej, szczególnie gdy na to niebo sam nocą popatrzysz. Komputer pod ręką i wreszcie dzień praktycznie bez. Jedno okno trochę czystsze, może kiedyś całkiem się przejaśni. Lampka wina bez konieczności i powrót w nocny chłód i ciszę.

Pan Bóg stworzył świat poza miastem - przychodzi mi na myśl.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011


Człowiek, choć zwierzęciem stadnym jest, tęskni do własnego kurzu we własnym kącie. Moje biurko, moje łóżko, moje okno i drzwi. Pióro, notes, książka. Prywatność, czas, spokój. Muzyka. (Myśli też, choć te mają jakąś nadprodukcję ostatnio i ja mogę tego nie wytrzymać). Moje. Ciasne, ale własne. Jutro obejrzę film.

Z drugiej strony nieumiejętność usiedzenia dłużej w jednym miejscu. Postmodernistyczny objaw chorobowy, czy zwyczajny stan tak zwanej nośności?

Panie Boże drogi... Tak sobie czasem wzdycham do Ciebie, bo to też jest jakieś wyjście, takie wzdychanie, nawet jeśli ulgi w nim chwilowo brak. Czasem na tylko tyle mnie stać, bo nic innego się nie skleja.