piątek, 11 grudnia 2009

zimowa zupa

Dzień dobry. Dzień długi. Dzień mroźny. Dzień lepszy od kilku poprzednich.
Rozpoczęty przed świtem. Rozpięty pomiędzy kilkoma istotnymi punktami. Jednym z nich - zupa. Nie byle jaka zupa. Zimowa zupa. Na kostce warzywnej, z odrobiną śmietany, z ogromem marchewki, fasoli, brukselek, ba, z nacią pietruszki nawet (świeżą!), a co najważniejsze - w wyjątkowym towarzystwie. Zupa. Cały garnek zupy. Na dwa.

A kiedy szłam do domu, prószył śnieg. Nieśmiało i spokojnie. Więc na koniec coś spokojnego.

środa, 9 grudnia 2009

nothing to say

nie mam nic do powiedzenia.
mam coś do posłuchania.

kakao z prostaczkiem

Zobaczyłam dziś wielkie zdjęcie Jury. Małego Jury. I pomyślałam: "chciałabym go zobaczyć". Chciałabym znów móc nalać mu zupy, kakao. Śmieszne. Bo nawet nie wiem, czy on mnie pamięta? Ale ja jego tak. I resztę tej boskiej gromady też. I tęsknię za nimi.

Adwent. Na ulicach święta. Mijam świecące dekoracje bezdusznie całkiem.
W mokrym, szarym bruku patrzę na zmazany świat.
Taki, jak mój. I to nie tylko kwestia wzroku, który słabnie (podobnie jak kręgosłup z resztą).

Ludzie mi w tym świecie iskrzą ciepłym blaskiem. Uśmiechami, serdecznością.
Ale jakkolwiek by tego nie nazywać, owijając w wyszukane frazesy, bywa smutno. Jakoś tak, od środka.

"Prostaczek". Lubię to słowo. Bo ma zabarwienie ciepło-ironiczne.
Żyję sobie ja, taki prostaczek właśnie... niepojęte.

sobota, 5 grudnia 2009

dwudniowo


piątek.


wstaję. i zebrać w sobie się nie mogę, by za próg dać nogę. w rezultacie opuszczam dom z godzinnym poślizgiem i nie pojawiam się na 1/3 mojego ulubionego piątkowego bloku wykładowego.
rozdrażnienie.
przychodzę na wykład nr 2. humor poprawia mi wykładowca. on również sprawia, że trzy piątkowe godziny zegarowe naprawdę mają sens. on także, jako pierwszy, częstuje nas porcją życzeń świątecznych. (po serii faktów i wyszukanych anegdot). do zobaczenia w Nowym Roku. a szkoda, że nie wcześniej.
popołudnie.
przechodzę przez rynek. słyszę - grają utwór powszechnie funkcjonujący w ludzkiej świadomości, stary już bardzo, którego tytułu nigdy nie znałam. przypomina mi się Witalik ze słuchawkami na uszach. patrzy w okno.
wpadam do galerii. bardziej z przymusu, niż z chęci. ludzie gniotą się w sklepach. zapominam o odrobinie prywatności, intymności i czegokolwiek w tym rodzaju. inwazja. włażą wszędzie, jak owady. w sklepach ciasno, więc wykonuję akrobacje między półkami, rozmaitymi rzeczami i różnymi częściami ludzkich ciał. ale jest i plus - spotkania krótkotrwałe, miłe i niespodziewane. dobrze jest, gdy z dzikiego tłumu wyłania się ktoś znajomy.
wieczór.
zimno. ciepło. sympatycznie.

sobota.

wstaję. wreszcie tak, jak lubię - między 10tą a 11tą.

popołudniem przemykam slalomem przez galerię. ludzi jak szarańczy. łażą, łażą, łażą... męczące.
szybko na powierzchnię, na zewnątrz. od razu lepiej.
(...)
zahaczam o empik, by przekonać się, że płyty nie staniały w dobie kryzysu. przynajmniej nie te, na które mam chęć. w tle pobrzmiewa Beirut, a więc chwila przyjemności.
raz-dwa na dworzec. znów pisk hamulców pociągu. lubię to. pociągi i ich piszczące hamulce. i perony. i dworce. wsiadasz, siadasz, patrzysz za okno, coraz szybciej. myślisz, słuchasz, obserwujesz. i lądujesz w innym świecie. tak.
tymczasem jednak zostawiam hamulce i peron za sobą. w autobusie śpię.
do niedzieli dotrwam, by następnie oddać się uczeniu rzeczy bardzo nudnych.

W tle Coldplay.

czwartek, 3 grudnia 2009

yes, you can

tak się snuję.
można być równocześnie strasznie sennym i rozdrażnionym.
i można nie mieć skutecznego sposobu na rozdrażnienie.
i można zasypiać na wykładach. (śniła mi się żółta ściana z gablotą, ściana w moim liceum).
i można chodzić w maseczkach po ulicy nie wiadomo po co. (młodzież żeńska dziś chadzała. widziałam).
i można nie mieć ochoty wstawać, ani wychodzić z domu, ani spotykać się.
i można się irytować byle czym.
i można przespać najbliższych kilka tygodni.
i można też mieć "chroniczną wtomę".
i można powłóczyć nogami. kolejny raz bez entuzjazmu.
i można mieć gorszy czwartek. i środę.
i można mieć lepszy piątek. (choć na razie nic nie wiadomo).
i można zrobić coś konstruktywnego.
i można nie udawać, że się nie ma na to ochoty.
i można nie narzekać. i narzekać też można.
i można tracić czas.
i można spróbować go nie tracić.
i można złapać trochę sensu.
i można znaleźć nowy powód do zdumienia.
i można łazić z celem, a nie bez.
i można - trochę smaku, życia, światła, radości szczerej i ciut entuzjazmu - można ?



Na krechę, na wynos bym wzięła...


pioseneczka wdzięczna. na dziś i jutro i na kiedyś jeszcze. tutaj.

środa, 2 grudnia 2009

"jak okiem rzucić, albo i kamieniem"...

Najpierw coś, co lubię. Dla własnej przyjemności i dla Ciebie, Dumko. Bo słowa to nie kto inny, jak Adam Nowak właśnie. I pioseneczka na czasie taka. I saksofon. I Pospieszalski. I w ogóle.

"Tak niedaleko przecież do Betlejem, jak okiem rzucić, albo i kamieniem"...

Okiem rzuca się przyjemnie. Ale są dni, że kamieniem rzucić się chce. Nie wiadomo dlaczego, ale jednak się chce. I to z dziką satysfakcją. Dla maksymalnego wrażenia. Dla wyładowania. (Frustracji? Zmęczonych emocji?) Rąbnąć z hukiem, bez celu, przed siebie, za siebie, gdziekolwiek, byle był efekt.


Święta. Niedługo już. Czy mam jakieś szczególne życzenia? Żeby były takie proste, autentyczne.
Gwiżdżę na zakupy, bałwany, prezenty, cały ten świąteczny kicz. Gwiżdżę na to. Niech to po prostu będą święta!
Takie, kiedy wracasz do domu w środku nocy i możesz się zatrzymać na ulicy, przystanąć, albo nawet usiąść na środku, tylko po to, żeby popatrzeć do góry i pomyśleć, że jest dobrze. Jest pięknie. I niech tak zostanie. I mógłbyś tak siedzieć do rana. Naprawdę radosny i na pewno nie sam.

wtorek, 1 grudnia 2009

spójrz - jestem

Są takie dni, kiedy niby wszystko dobrze - wstajesz, wychodzisz z domu jak należy, zaczynasz dzień z sensem, spotykasz ludzi, których przecież tak lubisz - wszystko normalnie, prawidłowo. Niby tak, a zderzasz się z pustką i ogromnym znużeniem, a czasem też z rozdrażnieniem. I choć to nie jest rozwiązanie, to mam wtedy ochotę uciec. Zostawić wszystko, zaszyć się gdzieś, ignorując bodźce z wewnątrz i zewnątrz, wyłączyć telefon i spać do oporu, aż mi zbrzydnie. Znużenie, zmęczenie, studia, myśli różne i wciąż ta pokusa, żeby włączyć "hibernację", "stan wstrzymania", cokolwiek. Ale nie uruchamiać ponownie. Nie teraz.

Uciec chcę. Zaszyć się. Przezimować.